Za co płacimy?

Dużo ludzi mówi – a co za różnica, fotelik to fotelik. Dlaczego dzielimy je na „drogie i tanie” zamiast „dobre i złe”?
Sprawa z ceną foteli jest dosyć prosta. Albo producent kupuje od chińczyka skorupę i płaci X baksów za uszycie swojej tapicerki w słitaśne myszki albo inne pseudo dżinsowe tkaninki albo bierze sprawę na poważnie i konstruuje fotel, który potem bada w swoich labolatoriach (co wcale nie znaczy, że nie ma fabryki w chinach)
Tani szajs można kupić we wszystkich marketach w zawrotnej cenie rodem z gazetki netto 189 zł, ewentualnie 389 zł od zera do studniówki, w przeliczeniu daje to całe dwa złote miesięcznie. Szał ciał, więcej wydajemy na lizaki (które notabene psują zęby).
Dlaczego nie kupować? Bo zabije dziecko. Nie nie mogę tego nazwać delikatniej. Bo taka prawda.
(Niżej filmik jak to wygląda, wrażliwi niech sobie odpuszczą.)

Tu jest ten moment w którym rodzic krzyczy „przeszło testy i dopuszczono go do sprzedaży – nie może być zły”. Otóż może. Bo taki rodzic na słowo „test” dostaje z wrażenia zaćmienia umysłu, jakby conajmniej fotele w kosmos wysyłali. A jakbym powiedziała, że ten test to polanie fotela budyniem i sprawdzenie ile czasu upłynie zanim spłynie cały na podłogę?
Nikt, ale to nikt nie sprawdził na czym polega test homologacyjny i jakie warunki musi fotel spełnić aby go przejść. Chyba jednak niewiele tych warunków, skoro fotele się rozpadają przy stłuczkach, co?

Co daje nam lepszy fotel? Przede wszystkim różne niezależne testy.
Weźmy sobie taki fotel wiodącej firmy. Pracują tam całkiem mądrzy ludzie, którzy konstruują, testują, zmieniają, znów testują. W końcu fotel dostaje homologację (czyli kolejny test, tym razem nie wewnętrzny firmy). Fotel trafia na półki sklepowe, a stamtąd zgarnia go ADAC do swoich testów. Tu dostaje gwiazdki od 1 do 5 (czyli mamy trzeci test).
Minimym trzy(!!) niezależne testy, sprawdzające (w zależności od testu) czy w przypadku zderzenia czołowego, bocznego czy dachowania fotel zostanie tam gdzie został zamontowany i czy coś mu nie odpadnie (np. dziecko)
Do tego jak fotel jest tyłem to jeszcze się na Test Plus załapie, to już mamy czwarte przetestowanie jednego modelu.
Poza tym są jeszcze inne niezależne instytuty testujące foteliki samochodowe.
I taki dajmy na to Concord Reverso Plus. Ma najnowszą homologację I-Size, 4* ADAC, zaliczony Test Plus i jeszcze do tego możemy sprawdzić np. w teście Fakta, jakie przeciążenia działają na głowę, szyję, klatkę piersiową dziecka (dla zainteresowanych TU i TU).
Analizując to wszystko i mierząc fotelik do auta jesteśmy w stanie wybrać najlepszy dla dziecka. Bo mamy do tych ocen łatwe dojście. Kupując fotel w markecie kupujemy odlew z chińskiej fabryki ubrany w ładne szmatki.

Ok bierzemy chińczyka. Co mamy? Nic. Będzie bum o tak:

Albo tak:


I za co my płacimy?
Płacimy za pracę tych wszystkich konstruktorów, inżynierów, designerów i innych, którzy nad tym fotelem pracowali.
Potem musimy znaleźć jeszcze kogoś, kto ten fotelik dobierze do auta i nauczy nas jak go się używa, o czym była mowa TU. Tadam! Jesteśmy bezpieczni!

Czy nie można taniej?

Można, ale czy trzeba? Czy naprawdę jako rodzic wolisz wydać pieniądze na inne pierdoły, zamiast na bezpieczeństwo dziecka? Tyle się kupuje bzdur, więc skoro można wydać kupę hajsu na materiałowe tipi do pokoju to dlaczego tak bardzo szkoda wydać pieniądze na fotelik samochodowy, który (znów się powtórzę) ratuje dzieciom życie.
Ratuje. Życie. Dzieciom!