Klient (nie)idealny

Czasem się mnie ktoś pyta jaki jest mój ideał klienta. Większość sprzedawców najbardziej lubi takiego co wchodzi, wskazuje produkt palcem, płaci i żegna się. Koniec. 3 minuty i kasiura brzęczy w kieszeni. Mój ulubiony klient to trochę inny typ. Może jestem głupia, ale nie lubię iść na łatwiznę.

Zanim opowiem jakich klientów lubię, to może najpierw powiem co jest ciężkie dla takiej osoby jak ja.

Wchodzi Pan-I-Władca (w 100% przypadków jest to facet). Zaraz po dzień dobry puszcza parę kurew w zdaniu. Nie, że ja jestem taka świętojebliwa i nie lubię bluzgów, bo powinniście mnie usłyszeć w czasie prywatnym, ale przekleństwa dzielę na trzy rodzaje. Pewne odzwierciedlają emocje (np. złość), pewne podkolorowują zdanie, nadają mu charakteru, a pewne działają jako przecinek i właściwie to są kompletnie niepotrzebne. Tych trzecich nie lubię. Bo przywitanie „Dzień dobry, dlaczego muszę kurwa wydać tyle kasy na kurwa fotelik” nie mieści się nawet w moich standardach. A kto mnie zna, ten wie, że mam wysoko rozwiniętą potrzebę używania wulgaryzmów.
Co innego zdanie „przepraszam za syf w samochodzie, pies mi upierdolił siedzenia”. To rozumiem i nie czuję urazy dla takiego zastosowania wulgaryzmu.

Wracając do tematu – wchodzi ten Pan-I-Władca, od drzwi zapodaje wiązankę. Takie wejście smoka oznacza jedną z dwóch rzeczy – albo jest swój chłop i się jakoś dogadamy albo właśnie zaczął kandydować do konkursu „najtrudniejszy klient roku”. Zazwyczaj to drugie. Zaraz po bluzgach idą teorie.

* A bo to drogo. / Przepraszam, nie ja ustalam ceny. W Biedronce taniej.

* A bo tyłem. / Przepraszam, nie ja ustalam prawa fizyki.

* A bo trudny montaż. / Przepraszam, proszę wziąć z isofixem, ale wtedy drożej (patrz teoria pierwsza).

Okej, pytanie to pytanie, odpowiem na każde, ale co niektórzy próbują mnie specjalnie wyprowadzić z równowagi. Bo on to sobie w Kerfie taniej kupi. Spoko, tam są drzwi. Niektórym ludziom realnie sprawia radość podjudzanie innych i obserwowanie jak się denerwują. Zakrawa trochę na sadyzm.
Czasem zastanawiam się czy idąc do mięsnego też próbują Panią zdenerwować. Czy pytają o kurczaki i sposób ich hodowania i karmienia. Albo czy mówią, że w innym mięsnym jest taniej. Albo czy w Media Markt mówią, że w Euro ten model jest tańszy i negocjują cenę.
Tak czy siak przykro mi drogi kliencie. Jestem najbardziej cierpliwą osobą na tej półkuli. Nie jesteś w stanie wyprowadzić mnie z równowagi ani bluzgami, ani sugestiami, że sobie fotelik z palet zbijesz i drutem przyczepisz do auta (historia prawdziwa), ani tym bardziej grożeniem mi, że kupisz fotel w Tesco (też historia prawdziwa), ani nawet rozsiadaniem się mi na kanapie i wertowaniem allegro. Przecież to Twoje dziecko w nim ucierpi, nie moje. Przecież ja dla Twojego dziecka chcę dobrze, a Ty koniecznie chcesz mnie wkurzyć. Totalnie nie widzę sensu takiego zachowania.

Najbardziej lubię klientów wyedukowanych. Takich, którzy co nieco orientują się w temacie i mają konkretne pytania. Zwykle mają już sprecyzowane potrzeby. Niejednokrotnie chcą znać plusy i minusy swojej decyzji z mojego punktu widzenia. Uwielbiam jak zadają pytania, a nie tylko mówią „ten proszę”.

Czasem zdarza mi się rodzic – perełka. Taki to już dużo wie, zadaje ciężkie i bardzo rzeczowe pytania i wdaje się w ciekawą dyskusję. To już taki level hard wśród klientów. Czasem próbują mnie zagiąć.
Ja czasem jestem takim klientem. Np. ostatnio kupowałam router. Przeczytałam internety, sprawdziłam wymagania techniczne i poszłam do sklepu po konkretny model. Coś mnie jednak podkusiło i zapytałam gościa czy w tym budżecie jest jeszcze coś godnego uwagi. Nie no sorry, ale wyjechał mi z produktem 2x gorszym, wolniejszym itp. Dopiero jak mu zwróciłam uwagę na podstawową różnicę (dwuzakresowość) to się wysilił i poczytał specyfikacje na opakowaniach.

W którejkolwiek grupie klientów się znajdujesz i tak czuj się u mnie mile widziany! Zanim jednak zaczniesz mi robić na złość postaw się na moim miejscu i zastanów się jak Ty byś się czuł 🙂