Internetowi spece od wszystkiego

Jak byłam młoda internet to była nowość.

Pamiętam pierwszy komputer w naszym domu, system DOS i Windowsa 3.11 (to było koło 1994 roku). Pamiętam internet na modem, który skrzeczał i piszczał przy łączeniu z internetem. Pamiętam Gadu Gadu i powstanie Naszej Klasy.

Teraz jest facebook, twitter, instagram, snapchat i pewnie multum innych miejsc, o których zwyczajnie nie chcę wiedzieć. Dzieciaki mają dostęp do sieci, wysyłają sobie zdjęcia gołych cycków (i nie tylko), a zarabiać można na byciu modnie ubranym.

Trochę się zgubiłam w tym wszystkim. Serio. Nie umiem snapa, instagram to czarna magia dla mnie. Może jestem zwyczajnie stara, może zacofana. Może mnie coś omija. Whatever.

Narzędzia, jakie ludzie obecnie posiadają do komunikacji pozwalają na naprawdę wiele. Natomiast kiedy czytam rozmowy, komentarze, tweety to jedyne co tam widzę, to jad. Góra jadu. Jakby ludzie zamiast pisać słowa wyrzygiwali jad na klawiatury.

Potrąbiło się im w głowach, myślą, że jak czytają WuPe i oglądają tefałeny, a w międzyczasie przeglądaja pudela 🐩, to wiedzą wszystko. Są specjalistami od wszystkiego. Imperatorami internetów.

Łapiesz pierwszy lepszy temat z brzegu i zawsze się znajdzie ktoś, kto będzie pisać na przekór wszystkim.

* Wypadek samochodowy. Internetowi spece mówią „pewnie BMW zapierdalało”.

* piłka nożna – na pewno sędzia przekupiony

* dziecko jest niegrzeczne – pewnie powikłanie po szczepionkach

* dziecko jedzie tylem i jeszcze bez kurtki – co za bezmózg rodzic tak je katuje

* był wypadek, dziecko trafiło do szpitala – pewnie chujowe foteliki

Bleh bleh bleeeeeeh…

I tak w kółko o wszystkim. Jeszcze nie widziałam tematu, który nie zebrałby hejtów. Zawsze znajdzie się jakiś miszcz komentarzy, który napisze taką durnotę, że zastanawiasz się czy wyłączyć komputer czy pierdolnąć mu w papę. Jad wylewa się z portali społecznościowych, aż można się w nim taplać.

We wcześniejszym moim wpisie objaśniałam kruczki prawne i jak odzyskać odszkodowanie za uszkodzone mienie, w tym wypadku fotelik samochodowy. Usłyszałam, że nawołuję do wyłudzania pieniędzy 😂

To jeszcze nic. Ostatnio wywołałam medialną burzę, bo wykupiłam (wraz z kolegą przekazując pieniądze na fundację) używane fotele, które zostały oddane na śmietnik i je zniszczyłam. Internauci zaczęli mi zarzucać głupotę. Sypały się komentarze typu „totalne debile”, „w łeb się puknij tym młotkiem”, „zniszczcie używane samochody”, „bzdura”, „kretynizm”. Serio? Ludzie, którzy nigdy nie widzieli mnie na oczy i kompletnie nie zrozumieli tematu wyzywają mnie od debilek. Brawo. Niżej już nie da się chyba upaść…

Jednak najgorszy temat ostatnimi czasy to Nanga Parbat i K2. No tylu internetowych fachmenów w jednym miejscu to ja jeszcze nie widziałam. Chłopaki idą ratować – źle, nie idą – też źle. Urubko poszedł na szczyt K2. No co za wredny rusek. Ale Urubko idzie na ratunek Mackiewiczowi – super, swój chłop, przecież on ma polskie obywatelstwo. Siedzą Janusze i Grażyny w domu, chuja widzieli, chuja wiedzą, ale piszą, żeby pisać. Specjaliści od siedmiu boleści.

Dlaczego piszę o tym dziś? Bo w końcu usiadłam do książki Adama Bieleckiego „Spod zamarzniętych powiek”. Przytoczę wam cytat:

„Jeżeli w górze jest 35 stopni mrozu, a wiatr wieje z prędkością 30 kilometrów na godzinę, to twoje ciało czuje, jakby było 60 stopni poniżej zera. Odmrożenia na odsłoniętej skórze pojawiają się wtedy w mniej niż pół minuty.”

A Janusze i tak wiedzą lepiej. Z cieplutkiego fotela z browarem w ręku osądzają coś o czym gówno wiedzą, bo max zimno jakie przeżyli to -10 stojąc na przystanku i czekając na pekaes.

Swoją drogą po przeczytaniu książki trochę rozumiem czemu Urubko poszedł sam na szczyt. I rozumiem, czemu wrócił.

Takich przykładów w necie jest na pęczki. Ludzie kompletnie się nie znający na danym temacie i tak wrzucają swoje trzy grosze do dyskusji. Nie rozumiem po co. Ja się nie znam na wspinaniu w himalajach, więc się na ten temat nie wypowiadam, chociaż teraz już wiem, że jest ogromna różnica między wspinaniem się latem, a zimą (a tam i tak i tak jest śnieg). A w necie specjalistów są tysiące…

Okej, ja rozumiem wymianę argumentów, rzeczową konwersację, ale to zazwyczaj jest tak, że jeden „mądry” rzuci hasło, a inni się pocą, żeby go zjeść i zaczyna się po prostu naparzanka. Za moich czasów dawało się po pysku i już. Ale za moich czasów nie było internetu.

Jeżeli nie masz nic mądrego do powiedzenia, to lepiej nic nie mów.

I z tym was zostawię.